Pocałunek śmierci początkiem życia.

Historia choć długa, jeden ma koniec.
Koniec zaś stał się początkiem.
Pocałunek zimnej, pocałunek pięknej i okrutnej, pocałunek śmierci.
Odnalazła mnie i ucałowała ogniem piekielnym.
Zmieniła scenariusz i pokazała kolejne wejście.
Wejście do życia.
To ja niedoszła samobójczyni, ta inna,"wariatka", naznaczona.
Pełna wspomnień, żalu, buntu i ran.
Pełna szeptów i krzyków, pełna poematów i przekleństw.
Pełna miłości i pustki.
Pełna możliwości i ograniczeń.
Pełna wody i ognia.
Pełna ciemności i blasku.
Pełna spokoju i wiecznego chaosu.

Jeżeli zaczynasz odnajdywać się w moich słowach,witam w domu!
Na dalszą drogę z moimi słowami życzę Ci wytrwałości i dystansu.


Mam wrażenie, że od najmłodszych lat moje życie to "danse macabre".
Kiedy inne dziewczynki snuły w swoich głowach bajki o pięknych księżniczkach, ja zaczynałam rozmyślać nad tajnikami śmierci i życia.
Nie mogę powiedzieć, że w mojej głowie roiło się od myśli na temat wypadków, strat oraz samobójstw.
Przynajmniej nie stało się to od razu.
Po prostu będąc jeszcze małym, niepozornym dzieckiem stawałam się uważną obserwatorką i słuchaczką.
Pozostało tak już do dziś.
Z perspektywy czasu wydaję się to dosyć dziwne, żeby nie użyć słowa straszne.
Jednak wtedy w młodziutkim i otwartym umyśle nie było to nic nadzwyczajnego.
Nie zdążyłam jeszcze wtedy odczuć tego jak różnie się od wielu ludzi, a szczególnie swoich rówieśników.
Teraz wiem, że już wtedy moja osobowość zaczynała się składać z cieni i blasków, z wielu przeciwności.
Prawdziwe znaczenie śmierci odkryłam podczas swojej pierwszej ogromnej straty.
Tak, wtedy właśnie dowiedziałam się o samobójstwie jednej z najważniejszych dla mnie osób.
Mając zaledwie 9 lat,nie potrafiłam zrozumieć powodów.
Nie potrafiłam pogodzić się ze stratą, ponieważ nie bolało mnie przecież zepsucie nowej zabawki, bolało mnie to, że już nigdy nie zobaczę człowieka, którego darzyłam miłością.

Nie zatapiając się jednak w szczegóły, przejdźmy dalej.
Mając 12 lat po raz pierwszy, jakkolwiek to brzmi "nieoficjalnie" zaplanowałam swoją śmierć.
Warto byłoby zagłębić się w temat dziecięcej depresji,ale o tym innym razem.
Zebrało się na to wiele powodów, czynników i ludzi jednak o tym na pewno w innych postach.
Emocjonalnie dorosłam bardzo wcześnie,nie dziwcie się zatem, że stawiając pierwsze nastoletnie kroki,byłam gotowa podejmować różne decyzje i wyobrażać sobie w głowie wiele wydarzeń.
Plan przerodził się w rzeczywistość,wcale nie trzeba było długo na to czekać.
Jak się domyślacie, nic nie poszło według "idealnego" planu ucieczki od życia.
Tak właśnie musiałam kontynuować swoje życie i zacząć myśleć o przyszłości, której oczywiście nie dostrzegałam.
Jednak wszelkie wydarzenia w moim życiu, wszelkie moje myśli i wyobrażenia zaczęły z czasem działać na moją nie korzyść.
W ten sposób zaczęła się moja kilkuletnia droga powolnej autodestrukcji.
Tak zaczęła się droga buntu, niezrozumienia,rozpaczy, samotności,bólu i nienawiści.

Droga, przez którą musiałam iść wbrew wszystkiemu.
Cały czas ocierałam się o chłód śmierci.
Pierwsze cięte rany, pierwsze używki, pierwsze próby ucieczki przed samą sobą.
Ciągłe problemy ze zdrowiem, szpitale,lekarze.
Rok po roku...
Zamknięta we własnym piekle, we własnym świecie, przyparta do muru.
Zawsze inna, gorsza,nie taka, jak wypada.
Zawsze ta zamknięta, straszna,dziwna,niechciana.
Zawsze spychana na margines, kuląca się w kącie, wytykana palcami.
Zawsze wyśmiewana, odrzucana,krzywdzona.
Pozostawiona samej sobie z coraz większym ciężarem własnego istnienia.
Porzucona na pożarcie potworom, demonom,problemom, ludziom.
Pozostawiona samej sobie.
Do sedna mogę dotrzeć teraz po największym skrócie, jakiego mogłam użyć w tym poście.
Teraz przenosimy się w czasie do grudnia 2016 roku.
Tutaj niesprawiedliwość i okrucieństwo śmierci znów zawitało do mojego życia.
O tym jednak również rozpiszę się w innym poście.
Jedyne moje dobre wspomnienie z dzieciństwa, krew z krwi, ogromna część mojego życia, w wielu kwestiach wzór do naśladowania, cholernie bliska mojemu sercu kobieta właśnie umiera na raka z przerzutami.
Potem jest już tylko gorzej, ponieważ czuję, że w jednym momencie rozpadło mi się całe niebo.
Straciłam blask w swoich oczach, chęć do walki, sens życia.
Wszystkie wspomnienia, problemy,winy, grzechy przewijają się przez moją duszę i myśli.
Wszystkie te lata nagle przeżywam od nowa.
Przeszłość zlewa się z teraźniejszością.
Ból, rozpacz i nienawiść oplatają całe moje istnienie.
Kolejne problemy tylko uświadamiają mi moje położenie.
Pewnego zimnego, styczniowego wieczoru nadeszło to, co gorsze jest od każdej emocji, każdego bólu.
Nadeszła PUSTKA.

Nawet jeżeli gotowa jestem opisać to, co działo się ze mną przez kilka godzin.
Nawet jeżeli mogę już mówić o tym, co faktycznie stało się tamtej nocy.
Nie powinnam tego robić.
Na pewno nie na blogu, ponieważ wiem, że takie opisy bywają zbyt drastyczne i mogą w wielu (szczególnie młodych)psychikach narobić wiele szkód.
Zatem przewiniemy taśmę troszkę dalej.
Śmierć była bliżej niż o krok.
Była tuż we mnie, przy mnie.
Otuliła mnie swoim chłodnym płaszczem.
Wiem, że czułam ją bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Jednak teraz nie popadajmy w czarną rozpacz, w końcu to ja teraz siedzę przy blasku wieczornych lamp i piszę.
Piszę Wam wszystko to, o czym wielu nie odważyłoby się nawet wspomnieć.
Odratowano mnie, wyciągnięto mnie ze szpon śmierci.
Odnaleziono mój puls, bicie serca, odnaleziono moje ciepło dłoni oraz umierającą cząstkę mojej duszy.
Tym samym odratowano ostatnią drobinkę nadziei, która z każdym dniem przemienia się w ogromną nadzieję i siłę.
Teraz tylko proszę was, kimkolwiek jesteście, cokolwiek dzieje się w waszym życiu nie próbujcie tego robić.
Wiem to ciężki temat, wiem, że łatwiej jest powiedzieć niż zrobić, a często zmiana myślenia wydaję się niemożliwa.
Jednak nie bez powodu tu jestem, nie bez powodu przekraczam własne bariery.
Ponoć człowiek często uczy się na błędach, zatem WY po drugiej stronie wyciągnijcie jakieś lekcje z moich błędów.
Nie powiem wam czy żałuję, czy też nie.
Nie powiem wam, co działo się w mojej głowie.
Nie powiem wam, jak reagowali inni ludzie.
Nie powiem wam, jakie miałam dalsze plany.
Nie powiem wam również, dlaczego akurat ja.
Nie powiem wam, dlaczego wtedy i tam.
Nie powiem, ponieważ sama do końca tego nie wiem.
Wiem jednak, że swoje osiemnaste urodziny spędziłam w szpitalu psychiatrycznym.
Wiem na pewno, że mimo wszystkiego, co działo się wcześniej i później nadal tutaj jestem.
Wiem również, że dzięki temu walczę nadal i piszę o tym, jak jest naprawdę.
Nie wciskam wam bajek, czy kitów.
Nie dobieram specjalnie pięknych słów, aby wmówić wam, że gówno może nagle przemienić się w złoto.
Jestem tutaj, bo próbuję dać sobie szansę, jestem tutaj, bo może tak chciała jakaś nadprzyrodzona siła.
Jestem tutaj, aby wypełniać dalsze przeznaczenie, jeżeli takowe w ogóle istnieje.
Jestem tutaj dla takich jak ja i dla takich jak wy.
Jestem tutaj, aby kontynuować swoją historię.
Jestem tutaj, aby marzyć, pomagać, walczyć, realizować.
Jestem po to, aby upadać i podnosić się każdego dnia.
Jestem tutaj, aby szerzyć prawdę, otwartość, akceptacje, wrażliwość.
Jestem, aby opisywać błędy i słabości, po prostu prawdziwe życie.
Nie wiem, jaką puentą można byłoby zakończyć ten post.
Na pewno nie raz napiszę jeszcze o tym, co było dalej, ale na wszystko to trzeba po prostu czasu.

Myślicie, że ten blog to moja autoterapia? Poniekąd wcale się nie mylicie. :)

Napiszę zatem tylko tyle, że oddaje wam właśnie cząstkę własnej duszy na talerzu, więc jeżeli nie potraficie zrozumieć, uszanujcie to i odejdźcie, proszę, czytać kolorowe blogi i artykuły z pięknymi obrazkami.
Nie będę miała żalu, po prostu to uszanuję.

Każdego dnia pokonuję przeszkody,każdego dnia tworze nowe marzenia,każdego dnia pracuję nad sobą,każdego dnia się leczę i uczę się żyć.
Postanowiłam kontunuować swoje zdanie! 
Zatem z całą nadzieją, siłą do walki i serdecznością pozdrawiam dzisiejszego wieczoru.








Komentarze

Popularne posty z tego bloga